Rozdział I: Powrót

Nad morzem unosiła się gęsta mgła, a w powietrzu wisiały ciężkie chmury zwiastujące deszcz. Warunki pogodowe nie były sprzyjające podróżowaniu promem, a jednak właśnie takim środkiem transportu przemieszczała się Innis Lusk, piętnastoletnia dziewczyna mająca niebawem rozpocząć nowe życie. Właściwie od zawsze liczyła się z tym, że jej życie mogło zupełnie zmienić się w każdej chwili, ale chyba nigdy nie myślała, że stanie się to za sprawą stypendium w prestiżowej szkole z internatem. Innis nie opuszczała domu, bo tak naprawdę nigdy go nie miała. Do tej pory żyła w sierocińcu i już zdążyła pogodzić się z myślą, że zostanie tam aż do osiągnięcia pełnoletniości, jednak wszystko zmieniło się w dniu, kiedy jej opiekunka pani Pinkerton oświadczyła, że Innis dostała się do Akademii Corlett na Wyspie Shellhead. 

Akademia miała wieloletnią historię, ale dopiero niedawno zaczęła zyskiwać na popularności, głównie dzięki atrakcyjnemu programowi stypendialnemu dla uzdolnionych uczniów. Innis nie bardzo rozumiała, dlaczego stypendium trafiło się właśnie jej – w całym sierocińcu z pewnością było wielu lepszych kandydatów, a jednak z jakiegoś powodu to ona została nagrodzona, jak jej oznajmiono, za wyjątkowe prace artystyczne. Innis kochała malować, lecz nie uważała swoich dzieł za coś wspaniałego. Najchętniej malowała naturę, ale w sposób fantazyjny. Miała bowiem wybujałą wyobraźnię i rozrywkę stanowiło dla niej przekształcanie świata wedle swojej interpretacji. Zdziwiła się uznaniem ze strony prestiżowej akademii, bo dotychczas jej wyobraźnia spotykała się raczej z negatywną reakcją. Ileż to się nasłuchała o swoim dziecinnym podejściu do świata, które nie wypadało już dziewczynie w jej wieku. Sama pani Pinkerton ciągle powtarzała, że nikt nie zechce jej adoptować, jeśli Innis wciąż będzie zmyślać i fantazjować, co też zdawało się potwierdzać. Stypendium artystyczne mogło być jej szansą, by robić to, co kochała i osiągnięcie to napawało ją nadzieją, lecz nie mogła pozbyć się przykrej niepewności, która co jakiś czas podszeptywała jej obawy, że być może to wszystko pomyłka. Nawet teraz, gdy stała oparta o burtę promu, wszystko to wydawało jej się snem.

Chłodny wiatr rozwiewał jej bujne rude loki, łaskocząc ją nimi po bladej piegowatej twarzy. Odwróciła się w stronę grupy, najwyraźniej jakiejś szkolnej wycieczki, gdy ich przewodnik próbował skupić na sobie ich uwagę.

– Za kilka chwil znajdziemy się na Shellhead! – wygłosił mężczyzna w jaskrawej kurtce. – Dzisiejsza pogoda może wydawać się kiepska na wycieczkę, ale mistyczna mgła i chmurne niebo wpisują się w enigmatyczny klimat tego miejsca. Jeszcze kilkanaście lat temu usłyszelibyście, że mgła to magia syren usiłujących ukryć wyspę przed obcymi. Dziś legendy nie są już tak żywe, jednak z pewnością spotkamy kogoś, kto będzie mógł opowiedzieć nam kilka z nich!

– Nie słuchaj tych bajek dla podstawówki, Innis… – szepnęła oschle pani Pinkerton stojąca tuż obok.

Jej jasne włosy były spięte w ciasny kok, lecz mimo to kilka kosmyków nie uchroniło się przed targającym ich wiatrem i przykleiły jej się do czoła.

– Paskudna dziś pogoda! – dodała, otulając się szczelniej szarym płaszczem.

– To dziwne, że zupełnie nie pamiętam tego miejsca – powiedziała nagle Innis, wpatrując się w horyzont. Linia brzegowa majaczyła już we mgle.

– No cóż, byłaś bardzo mała, kiedy straciłaś rodziców – odparła pani Pinkerton. – Nie spędziłaś tu zbyt wiele czasu, ale w końcu pochodzisz z Shellhead. Można powiedzieć, że wracasz do domu.

Innis po raz kolejny zaczęła się zastanawiać, czy można nazwać domem miejsce, z którego się po prostu pochodzi, ale się go nie pamięta. Wiedziała, że to raczej niemożliwe, jednak była ciekawa, czy rozpozna jakiekolwiek miejsce na wyspie. Bardziej prawdopodobnym mogło wydawać się, że ktoś raczej rozpozna ją, a przynajmniej skrycie o tym marzyła. Nieraz w sierocińcu wyobrażała sobie, że nagle przybywa jakiś jej daleki krewny lub chociaż dobry znajomy jej rodziców, by ją adoptować. Nic takiego nigdy się nie wydarzyło, a Innis zostało tylko dalej tworzyć teorie, kim byli jej rodzice i jak wiodło im się na wyspie. Wiedziała o nich zaledwie, że matka zachorowała po porodzie i niedługo potem zmarła, a ojciec pewnego dnia po prostu zaginął. Nie miała pojęcia, kto w ogóle podrzucił ją do sierocińca, gdy była jeszcze niemowlęciem, ale podobno znaleziono ją pod drzwiami frontowymi. Jedyne, co wówczas przy sobie miała, to rzemyk z poczerniałą zawieszką o wysokości niecałych 3 centymetrów. Zawieszka była w kształcie łzy ze zdobieniami u góry, ale był to właściwie sam szkielet i Innis nie wiedziała, czy kiedyś stanowił obramowanie dla jakiegoś kryształu. Nie uważała, że naszyjnik był ładny i czasem zastanawiała się, czy go jakoś nie przerobić, lecz było to w końcu jedyne, co jakkolwiek świadczyło o jej pochodzeniu i ostatecznie zdecydowała nie ingerować w jego wygląd, a właściwie zwykle nosiła go pod ubraniem. Tak było również i teraz – zawieszka spoczywała na jej piersi pod swetrem i pikowaną kurtką, gdy Innis już prawie dobijała brzegu i ostatnie chwile podróży dłużyły jej się najbardziej.

– Pamiętaj, żeby uczesać jeszcze włosy przed wejściem do szkoły – poleciła pani Pinkterton. – To wietrzysko nie sprzyja gładkiej fryzurze, a przecież nie chcesz przedstawić się pani dyrektor jako rozczochraniec!

– Ale chyba nie wyrzuci mnie od razu za nieuczesane włosy, prawda? – zaśmiała się Innis, rozbawiona podejściem swojej opiekunki.

Pani Pinkerton westchnęła.

– Zrób chociaż dobre pierwsze wrażenie – poprosiła. – Kto wie, może dostaniemy kolejne stypendia dla naszych podopiecznych? Byłoby cudownie!

Innis znów pomyślała, że raczej nie była odpowiednią osobą do reprezentowania swojego sierocińca w kwestiach szkolnych, ale nic już nie powiedziała.


W porcie powitał je niski, około pięćdziesięcioletni mężczyzna oraz towarzyszący mu pies wyglądający jak mieszanka owczarka niemieckiego z kaukaskim.

– Innis, to jest pan…

– Gavin Cain – wtrącił mężczyzna, gdy pani Pinkerton zapomniała jego imienia. Jego głos był niski i ochrypły, nie sprawiał również wrażenia zbytnio przyjaznego.

– T-tak… – potwierdziła pani Pinkerton, rumieniąc się lekko z zakłopotania. – Zaprowadzi nas do Akademii Corlett.

Innis początkowo nie zareagowała, ale gdy zorientowała się, że pani Pinkerton patrzy na nią wyczekująco, natychmiast odchrząknęła.

– Innis Lusk, nowa uczennica. Dzień dobry – przedstawiła się.

– No przecież wiem… chodźmy, bo zbiera się na deszcz – mruknął pan Cain i jak na zawołanie, z nieba zaczęły spadać pierwsze krople.

Pani Pinkerton biadoliła, gdy spieszyli przez parking, a deszcz padał coraz mocniej, jednak udało im się wejść do minivana przed prawdziwym oberwaniem chmury. Innis nie spakowała swojej walizki do bagażnika, bo w środku było na nią dosyć miejsca, nawet jeśli obie z panią Pinkerton usiadły z tyłu, bo pan Cain wyraźnie zaznaczył, że przednie miejsce zajmuje jego pies.

– Po co w ogóle go tu ze sobą brał… – zaperzyła się pani Pinkerton i choć właściwie mruknęła to pod nosem, pan Cain chyba coś usłyszał.

– Że co takiego? – odburknął.

– Jak się wabi? – zaciekawiła się Innis, wychylając się do przodu.

– Moja sunia? Pixie – odpowiedział pan Cain, a Innis wydawało się, że ton jego głosu zrobił się minimalnie przyjaźniejszy. 

– Mieszka w akademii?

– Och, tak, stróżuje razem ze mną – oznajmił pan Cain, klepiąc suczkę po grzbiecie.

– Wygląda bardzo przyjaźnie – stwierdziła Innis, a Pixie przyjrzała jej się z zaciekawieniem.

Pan Cain prychnął, nieco rozbawiony.

– No pewno, to nie głupia psina! Bez powodu to ona nie szczeka, ale pogonić też potrafi, kiedy jest potrzeba.

Innis przyjrzała jej się nieco dokładniej i zauważyła, że na jej lewej skroni widnieje niewielka, podłużna blizna. Przeniosła wzrok na Gavina Caina, którego posępną twarz widziała w przednim lusterku. Miał ziemistą cerę i pomarszczoną twarz, najbardziej czoło. Jego ciemnobrązowe, nieco posiwiałe i rzedniejące włosy sterczały niedbale, a zarost był nierówno przycięty. Nosił lekko wypłowiały brązowy płaszcz, bordowy sweter, szare robocze spodnie i przytarte skórzane półbuty. Doskonale wiedziała, co o jego wyglądzie i usposobieniu pomyślała sobie zawsze nienagannie schludna pani Pinkerton, ale Innis unikała osądzania ludzi po wyglądzie. Miała wrażenie, że pan Cain mógł być mniej nieprzyjazny, niż się wydawał.

Krajobraz wyspy, choć przysłonięty mgłą, dosyć przypadł do gustu Innis. Jechali głównie leśnymi drogami, a gdy zbliżali się do wybrzeża, ukazywały im się zarośnięte klify. Była zima, ale jeszcze dwa miesiące i Shellhead pokaże swoje wiosenne oblicze, więc wówczas może tu być naprawdę pięknie – pomyślała Innis. Podczas podróży zadawała mnóstwo pytań.

– Czy to prawda, że jest tu gdzieś most wróżek? Będziemy przez niego przejeżdżać? Wierzycie jeszcze w legendy o mistycznej mgle? Podobno macie tutaj jeziora poświęcone wodnym nimfom i lasy rzekomo zamieszkane przez świetliste elfy – ciągnęła, nie dając właściwie czasu na odpowiedzi.

– Innis! – upomniała ją pani Pinkerton – Nieładnie pytać o takie bzdury i zakładać, że wszyscy tu w to wierzą! Zapomnij o stereotypach, jakich nasłuchałaś się o wyspie… Najmocniej przepraszam, panie Cain.

– Nie ma potrzeby – stwierdził beztrosko w odpowiedzi. – Widzę, że masz w sobie wiele wyobraźni, młoda. No tak, w końcu podobno całkiem nieźle malujesz, musisz więc być kreatywna. Skoro pozwoliło ci to znaleźć się w tym miejscu i skoro tak cię to ciekawi, szukaj odpowiedzi dalej. 

– Co to znaczy? – zdziwiła się Innis.

– To znaczy, że nie chce mi się odpowiadać na twoje pytania – odrzekł pan Cain – ale jestem pewny, że znajdziesz osoby, które udzielą ci na nie odpowiedzi.


Po około czterdziestu minutach jazdy w deszczu niebo zaczęło się przejaśniać, a krajobraz stawał się coraz bardziej zalesiony. W końcu wyjechali na drogę prowadzącą wzdłuż linii brzegowej i oczom Innis ukazał się wspaniały budynek uczelni. Była to monumentalna symetryczna budowla z brązowej cegły, wykończona kremowymi kolumnami i zdobieniami, a tym, co robiło największe wrażenie, było usytuowanie gmachu na klifie. Innis podekscytowała się myślą, że jej nowe sale szkolne, a może nawet i pokój, będą miały widok na morze. Szczerze mówiąc, zawsze bała się wody, jednak była nią jednocześnie oczarowana i lubiła patrzeć na jej potęgę. 

Podjechali bliżej i zaparkowali przy dziedzińcu przed wejściem do budynku. Innis wysiadła, taszcząc walizkę, podczas gdy pani Pinkerton zaczęła pospiesznie przeczesywać jej włosy rękoma. 

– Główny gabinet dyrektorki znajduje się na najwyższym piętrze – poinstruował pan Cain. – W razie kłopotów proszę pytać na portiernii.

– Poradzimy sobie – zapewniła pani Pinkerton, prowadząc Innis w stronę wejścia.

Hol był wypełniony przeróżnymi dyplomami i nagrodami w różnej postaci – statuetki w gablotach, dyplomy na ścianach, czy też medale na wystawkach. Innis i pani Pinkerton zostały powitane przez pulchną kobietę na portiernii, która przyjęła walizkę i potwierdziła, że gabinet dyrektorki znajduje się na najwyższym piętrze. 

Pokonując kolejne klatki schodowe, Innis zauważyła więcej nagród i wyróżnień zdobiących korytarze wyłożone linoleum w kolorach szarym i mandarynkowym. Próbowała dostrzec jak najwięcej szczegółów w jak najkrótszym czasie. Szkoła wydawała się posiadać wiele sal lekcyjnych jak i również miejsc, w których uczniowie mogli spędzać czas pomiędzy zajęciami. W niektórych częściach Innis zauważyła kanapy czy inne siedziska ze stolikami, zorganizowane pewnie z myślą o wspólnej nauce. Wnętrze pachniało starym, wilgotnawym drewnem.

Na trzecim piętrze minęły drzwi wiodące do pokoju nauczycielskiego, jak głosił widniejący na nich podpis. Piętro wyżej mieścił się gabinet dyrektorki.

Pani Pinkerton zapukała do drzwi, a chwilę później odpowiedział jej miękki, kobiecy głos:

– Proszę.

Gabinet pachniał drewnem i starym papierem. Drewniana podłoga skrzypiała lekko pod stopami, ściany zaś były do połowy wyłożone boazerią, a do połowy pomalowane na szaro. Okno pomieszczenia ukazywało morski horyzont i pochmurne niebo stopniowo rozjaśniane przez powracające promienie słońca. 

Na środku stało drewniane biurko, obok którego mieścił się regał na książki. Przy regale stała krągła kobieta z książką w ręku. Miała opaloną karnację i wydawała się nieco starsza od pana Caina. Jej oczy były szmaragdowozielone, a długie, jasne blond włosy ze srebrnymi pasmami splecione w warkocz. Miała na sobie koszulę w bordowo-granatowe paski, długą brązową spódnicę oraz brązowe kozaki. Spojrzała na swoich gości z pogodnym uśmiechem, po czym odłożyła książkę na biurko.

– Dzień dobry, pani dyrektor – przywitała się pani Pinkerton, uśmiechając się uprzejmie, a następnie spojrzała na Innis znacząco, oczekując powitania również z jej strony.

– Dzień dobry – odparła zaraz, dygając lekko.

– Miło mi powitać was w Akademii Corlett – oznajmiła kobieta. – Nazywam się Olivia Corlett, a ty musisz być Innis Lusk. Mam nadzieję, że szybko się u nas odnajdziesz.

– Dziękuję, ale czy mogłabym spytać, dlaczego tak właściwie zostałam tu przyjęta? – wypaliła Innis, zanim zdążyła się powstrzymać.

Pani Pinkerton spojrzała na nią w zdumieniu i oburzeniu, a jej nozdrza zadrgały ostrzegawczo, natomiast pani Corlett nieco się zaskoczyła, lecz zaraz uśmiechnęła się zachęcająco.

– To dobre pytanie, moja droga – odrzekła. – Zapewne dowiedziałaś się, że dostałaś stypendium artystyczne i choć wydajesz się zaskoczona, muszę przyznać, że twoje obrazy mnie po prostu urzekły. Malujesz cudowne krajobrazy, tworząc wspaniałe i detaliczne miejsca. Na przykład…

Urwała, unosząc rękę na znak, by poczekały, po czym skierowała się w stronę regału i po chwili wyjęła zza niego płótno. Innis natychmiast rozpoznała swoje malowidło przedstawiające mglistą nadmorską grotę obrosłą fantazyjnymi roślinami i rozświetloną tajemniczym bladoniebieskim światłem. 

– To jedna z moich ulubionych prac, jakie mi przysłano – oznajmiła pani Corlett, a pani Pinkerton pękała z dumy. – Klimat tego miejsca jest wprost niesamowity. Jak wymyśliłaś tak prostą a jednocześnie intrygującą scenerię? Mam wrażenie, że zaraz coś wynurzy się z morskiej toni.

Innis wzruszyła ramionami, nieco zawiedziona odpowiedzią. A więc naprawdę chodziło o obrazy? Nie była pewna, czy pani Corlett rzeczywiście się one podobają, czy może decydującą kwestią był fakt, że Innis była sierotą, której szanse na adoptowanie właściwie już prawie zniknęły. Sama nie wiedziała, czy wolałaby w tej chwili usłyszeć taką prawdę, nawet jeśli byłaby bolesna.

– Nie wiem – odpowiedziała szczerze. – Po prostu zaczęłam malować i jakoś tak wyszło… jakbym wymyślała to miejsce w chwili malowania.

Pani Corlett uniosła lekko brwi, lecz zaraz potem uśmiechnęła się błyskotliwie. Innis miała dziwne przeczucie, że był jeszcze inny powód, dla którego została przyjęta do akademii.

– Niesamowite… – odparła pani Corlett. – Sama widzisz, jesteś kreatywną osobą, a w dodatku posiadasz świetną wyobraźnię przestrzenną, skoro nie potrzebowałaś nawet planu scenerii, by oddać perspektywę. Masz talent, a w naszej akademii pielęgnujemy takie zdolności. Możesz osiągnąć wiele, jeśli tylko je usystematyzujemy i wypolerujemy.

– Dziękuję – odrzekła Innis niepewnie. Wciąż miała co do tego mieszane uczucia.

– Dobrze, a teraz kilka kwestii organizacyjnych. Jutro rozpoczyna się semestr wiosenny, ale zanim udasz się na pierwsze zajęcia, powinnaś poznać kilka szkolnych zasad. Wszystkie czekają na ciebie spisane w regulaminie, który możesz znaleźć na przykład na stronie szkoły, ale również na korytarzach na tablicach informacyjnych. Pozwól, że przedstawię ci jedną z naszych zasad – uczniowie Akademii Corlett zobowiązani są nosić mundurki podczas zajęć. 

To powiedziawszy, pani Corlett podeszła do drugiego regału i otworzyła jedną z jego szafek. Wyjęła z niej złożone ubrania, by następnie podać je Innis. Były to biała koszula, beżowa kraciasta spódnica oraz podkolanówki i marynarka w granatowym kolorze. Zaraz potem pani Corlett sięgnęła ponownie do szafki, by wyjąć z niej jeszcze kartonowe pudełko, jak się okazało, zawierające lakierowane granatowe baleriny z paskiem.

Innis obejrzała strój dokładnie i wzruszyła ramionami.

– Nie jest najgorzej – oznajmiła szczerze, a pani Pinkerton natychmiast ją skarciła. Pani Corlett jednak roześmiała się perliście.

– No cóż, w końcu mamy do czynienia z estetką i artystką, prawda? – stwierdziła z rozbawieniem. – Muszę cię jednak uprzedzić, Innis. Nie wszyscy nauczyciele mogą odebrać twoje żarty z wyrozumiałością. Przestrzegaj dyscypliny i daj się poznać ze swojej najlepszej strony, aby uniknąć nieporozumień.

– Zrozumiano – odparła Innis, nie wyglądając na przejętą.

– Jeśli nie masz już więcej pytań, pozostało mi zaprosić cię do zwiedzenia szkoły, Innis – oświadczyła pani Corlett. – Zejdź na sam dół i zaczekaj na ucznia, który cię oprowadzi. Pani Pinkerton, kiedy będzie pani gotowa, poinformuję pana Caina, aby przetransportował panią z powrotem do portu. 

– Oczywiście, dziękuję – odrzekła pani Pinkerton. – Prawdę mówiąc, wolałabym się zebrać jak najwcześniej. Niebo się przejaśniło, warto wykorzystać okno pogodowe.

– Naturalnie – przyznała pani Corlett – W takim razie skontaktuję się z panem Cainem. Proszę poczekać na niego przy portiernii. Życzę ci miłego zwiedzania, Innis.

Kiedy niedługo potem Innis i jej opiekunka opuściły gabinet, Lady Corlett sięgnęła po książkę odłożoną uprzednio na biurko i otworzyła ją na tej samej stronie co przedtem. Oparła się o blat biurka, wzdychając cicho. Teraz, gdy Innis Lusk dotarła na wyspę, wszystko powinno pójść zgodnie z planem. 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rozdział II: Akademia Corlett