Rozdział II: Akademia Corlett

Na portiernii Innis zostawiła również tymczasowo swój mundurek, a miała go odebrać, gdy skończy zwiedzanie szkoły, żeby odnieść wszystkie swoje rzeczy do przydzielonej jej sypialni. Tam także pożegnała się jeszcze z panią Pinkerton i życzyła jej miłej podróży powrotnej. Wkrótce przyszedł po nią pan Cain, a w stronę Innis zmierzał tyczkowaty chłopak o bujnej czuprynie kręconych, orzechowobrązowych włosów. Miał kremową cerę i oczy w kolorze karmelu. Rozglądał się nerwowo dookoła, aż wreszcie zobaczył Innis i podszedł do niej.

– Czy ty jesteś… – urwał, spoglądając na nią w zakłopotaniu.

– Innis, nowa uczennica – podpowiedziała mu, widząc, że najwyraźniej zapomniał jej imienia – ale jeśli ci wygodniej, możesz mnie nazywać Inn – dodała z przyjaznym uśmiechem.

– T-tak – odparł chłopak, rumieniąc się lekko. – Ja nazywam się Terrence, ale większość mówi mi Terry. No, więc… witaj w naszej szkole. Mam za zadanie cię oprowadzić.

– Prowadź! – zawołała dziarsko Innis i ruszyła za Terrym.

Skręcili przy portiernii w lewo i udali się prosto korytarzem. Terry wskazywał kolejno klasy, które się tam mieściły, a Innis była pewna, że ich nie zapamięta. Może uda jej się chociaż skojarzyć, że w tej części budynku mieścił się również gabinet szkolnej pielęgniarki. 

– Naszą pielęgniarką jest pani Ayame Cain, żona pana Gavina Caina – wyjaśnił Terry. – Jest przemiłą kobietą, ale oczywiście nie życzę ci u niej częstych wizyt. Pewnie i tak będziesz musiała zgłosić się do niej na badania do bilansu zdrowia?

– Och, być może – odrzekła Innis, niepewna, czy ktoś już jej to powiedział.

Skręcili w kolejny korytarz wiodący do klatki schodowej prowadzącej w dół.

– Tu jest zejście do piwnicy, gdzie mieści się sala gimnastyczna oraz kilka innych klas – wygłosił Terry, po czym powędrował schodami, a Innis tuż za nim.

Gdy znaleźli się w podziemiach szkoły, Innis na krótką chwilę poczuła zawroty głowy, co zmusiło ją do oparcia się o ścianę.

– Wszystko w porządku? – zmartwił się Terry.

– Tak, to nic takiego! – zapewniła Innis, choć sama nie wiedziała, skąd to dziwne uczucie.

Miała podejrzane wrażenie, że przez moment wisiorek na jej szyi zrobił się nieco cięższy, ale szybko jej przeszło i prawie natychmiast poczuła się zupełnie normalnie.

– Chodźmy zobaczyć salę gimnastyczną! – poprosiła Innis z szerokim uśmiechem na twarzy i poszła za wciąż nieco zaniepokojonym Terrym.

– Tutaj są szatnie… a tu toalety i prysznice – kontynuował.

Sale w piwnicy miały specyficzny klimat, lecz wyglądały na równie zadbane co te, które Innis zdążyła już zobaczyć na parterze. W jednej z nich nawet mieścił się ceglany kominek.

– Z tego powodu tę salę często nazywamy Salą Kominkową – oznajmił Terry z lekkim uśmiechem. – Kominek zwykle jest nieczynny, ale nauczyciele czasem zgodzą się w nim napalić, szczególnie w okresie około Świąt Bożego Narodzenia.

– Och nie, czyli będę musiała czekać prawie cały rok? – jęknęła Innis. – Szkoda, wygląda całkiem przytulnie!

Terry prawie się roześmiał.

Wrócili na parter, skąd skierowali się w stronę kolejnych klas, a następnie klatki schodowej.

– Na pierwszym piętrze jest aula – obwieścił Terry, gdy znaleźli się już u szczytu schodów.

Powędrowali w prawo w stronę masywnych przeszklonych drzwi. Rozległe pomieszczenie pachniało drewnem i kurzem. Na wprost rozpościerała się lekko podwyższona scena z kurtyną z aksamitnych zasłon w musztardowym kolorze. Innis przyjrzała się stojącym na scenie instrumentom, a były to lakierowane pianino, gitary akustyczna i basowa, a także perkusja umieszczona za ścianką z pleksy.

– Macie szkolny zespół muzyczny? – zaciekawiła się.

– Och tak, prowadzi go chłopak z trzeciej klasy, Arlo Nichols, oczywiście pod opieką nauczycielki muzyki, profesor Jane Shelley – wyjaśnił Terry. – Zespół nazywa się Shellegendy. 

– Jak… Shellhead i legendy?

– Dokładnie.  Chociaż niektórzy twierdzą, że jak Shelley i legendy…

Oboje się zaśmiali i ruszyli dalej. Terry wreszcie wydawał się bardziej ośmielony.

Ku uciesze Innis na tym samym piętrze znajdowała się sala zajęć ze sztuki, wyposażona w sztalugi i różnorodne przybory artystyczne. Terry czekał cierpliwie, aż Innis skończy oglądać je wszystkie, przyglądając się jej z lekkim uśmiechem. Nie powiedział nic do momentu, aż nagle odwróciła się w jego stronę, jak gdyby przypomniała sobie, że w ogóle tam z nią był.

– Och, wybacz, zagapiłam się! – zaśmiała się przepraszająco.

W odpowiedzi Terry tylko machnął ręką i niedługo potem udali się na dalsze zwiedzanie szkoły.

Na drugim końcu korytarza stanęli przed drzwiami biblioteki, które Terry otworzył przed Innis. Od razu dało się poczuć zapach drewna i starego papieru, a u progu powitał ich starszy mężczyzna, przyglądając się im zza biurka zagraconego stosami książek.

– Och, czy wy również już chcecie przygotować się do nowego semestru, zanim się właściwie rozpoczął? – spytał mężczyzna nieco rozbawionym tonem.

Jego zielone oczy wpatrywały się w nich przyjaźnie zza prostokątnych okularów. Miał rzadkie, siwe włosy zaczesane za uszy i krótko przystrzyżony zarost. Innis dostrzegła, że na kamizelce miał plakietkę z podpisem: Lawrence Abney.

– Oprowadzam nową uczennicę – wyjaśnił Terry. – A co miał pan na myśli, że my również? Ktoś jeszcze tu-... Och, powinienem się był domyślić.

Pan Abney pokiwał tylko głową i zachichotał, a Terry utkwił spojrzenie gdzieś w głębi biblioteki. Innis obróciła się i pomiędzy regałami dostrzegła drugi koniec pomieszczenia, gdzie przy oknie stał stół z krzesłami. Siedziała tam jakaś drobna dziewczyna o brązowych, lekko pofalowanych włosach, i najwyraźniej nawet nie dosłyszała, że rozmawiali o niej, bo była skupiona na wertowanych przez siebie książkach.

– Witaj w szkole – pan Abney zwrócił się do Innis. – Nazywam się Lawrence Abney i już wam nie przeszkadzam.

– Innis Lusk – odpowiedziała przyjaźnie, po czym ruszyła za Terrym w stronę dziewczyny.

Po drodze przyjrzała się regałom z zaciekawieniem. Między niektórymi z nich, pod ścianą stały biurka z komputerami. Na ścianach biblioteki, podobnie jak w korytarzach, wisiały dyplomy uczniów, głównie z osiągnięciami w konkursach czytelniczych czy literackich. Przy wysokim na całą ścianę, zaokrąglonym u góry oknie mieścił się okrągły stół, gdzie siedziała tamta dziewczyna i najwidoczniej nikogo więcej nie było już w bibliotece, bo krzesła przy obydwu prostokątnych stołach w jednym i drugim rogu pomieszczenia były puste. Innis stwierdziła, że biblioteka mogła być całkiem miłym miejscem do nauki, bo kąciki ze stołami były przytulnie otoczone regałami, a w dodatku przy oknie stały donice z fikusami.

Teraz mogła zobaczyć dziewczynę z bliska. Jej lśniące włosy sięgały ramion i falowały się nieco przy końcówkach. Z lewej strony głowy miała wpięte dwie czarne spinki, a z prawej grzywka równa z resztą włosów opadała swobodnie na ramię. Dziewczyna miała jasną, zaróżowioną cerę, drobne kształtne usta i nieco zadarty nos. Była ubrana w krótką niebieską bluzę, jasne jeansy z wysokim stanem i czarne trampki.

– Nie mów mi, że już się czegoś uczysz – odezwał się Terry, na co dziewczyna lekko podskoczyła na swoim krześle, jakby dopiero teraz zorientowała się, że ktoś do niej podszedł.

Spojrzała na nich dużymi, bystrymi oczami w bursztynowym kolorze, a Innis dostrzegła, że na stole były rozłożone podręczniki do prawie każdego przedmiotu szkolnego.

– Nie bądź głupi, Terry – odezwała się dziewczyna wyniosłym tonem. – Uczyłam się przez całą przerwę międzysemestralną, mam już w zasadzie opanowany materiał do kwietnia. Zobaczysz, w tym semestrze w końcu będę najlepsza!

– Jak gdyby już cała szkoła nie była wywieszona dyplomami z twoim nazwiskiem – prychnął.

– A ty kim jesteś? Och, ty musisz być naszym nowym narybkiem! – zawołała nagle dziewczyna, podnosząc się z miejsca. – Oczywiście wiesz, kim ja jestem, prawda?

Innis zmieszała się, lecz Terry ruszył jej z pomocą, wskazując wzrokiem jeden z dyplomów na ścianie.

– Margaid… Averill? – odczytała Innis, po czym spojrzała na dziewczynę, uśmiechając się niezręcznie.

– Zapamiętaj sobie to nazwisko, bo będziesz je często widywać! – odparła dziewczyna zarozumiale. – Terry, nie wierzę, że nie przedstawiłeś jej mnie od razu. Jak mniemam, nie czytałaś również nic o szkole, Innis. Gdybyś przeczytała cokolwiek, na pewno natknęłabyś się na moje imię.

– A ty skąd znasz moje? – zapytała Innis ze zdziwieniem.

– Margaid wie wszystko – wyjaśnił Terry. – To najlepsza uczennica w Domu Malwy.

– Domu… czego?

– No nie wierzę! – westchnęła Margaid, krzyżując ręce na piersi. – Poważnie, dziewczyno? Przenoszą cię do nowej szkoły, a ty nic o niej nie wiesz? Dobrze, wyjaśnię ci to – oznajmiła zaraz, nie dając jej czasu na odpowiedź. – W Akademii Corlett są trzy domy: Dom Malwy, Dom Azalii i Dom Paproci. Dla twojej informacji, ty zostałaś przydzielona do nas, Malw. Dano nam dziś dla ciebie wstążkę do szkolnego mundurka, ponieważ każdy z domów reprezentuje inny kolor i tak się rozpoznajemy. Naszym kolorem jest jasnożółty, a wstążka jest u nas w dormitorium, później ci ją przekażę.

Innis słyszała o tym, że w brytyjskich szkołach z internatem często występuje podział na domy, ale prawdę mówiąc, rzeczywiście nie za wiele wiedziała o Akademii Corlett. Miała jeszcze wiele pytań i choć niezbyt podobał jej się ton, jakim Margaid się do niej zwracała, ciekawość zwyciężyła.

– A od czego zależy, w którym domu się wyląduje?

– Och, głównie dobierają nas nasi opiekunowie. Zapewne nie wiesz, kto jest naszym opiekunem? – prychnęła Margaid, opierając się o stół, a widząc Innis kręcącą głową, kontynuowała – Profesor Aurora Walker, nauczycielka biologii. To ona, w porozumieniu z panią dyrektor, przydzieliła cię do nas. Choć szczerze powiedziawszy, gdy usłyszeliśmy, że jesteś artystką, myśleliśmy, że trafisz do Paproci.

– To stereotypowe podejście… – wtrącił Terry, lecz urwał na ostre spojrzenie Margaid.

– Może i tak, ale jakimś cudem to Paprocie najczęściej są artystami… Bo widzisz, Innis, każdy dom reprezentuje dane cechy charakteru i wartości. U Malw ceni się troskę, czułość i przywiązanie do natury, u Paproci zaś – marzenia, szczerość, wytrwałość i kreatywność.

– Maluję głównie naturę, to może dlatego – odrzekła Innis, wzruszając ramionami. – No a ten trzeci dom?

– Dom Azalii! – natychmiast poprawiła ją Margaid, a Innis usłyszała w jej głosie jakąś osobliwą tęsknotę. – Azalie odnajdują wartość w inteligencji, elegancji i pięknie. To elita tej szkoły.

– Teraz, kiedy jesteś z nami, Dom Malwy liczy sobie ośmioro uczniów – dodał Terry, powodując u Innis dziwne wrażenie, że nie chciał, by Margaid dalej opowiadała o Azaliach. – Po równo, czterech chłopaków, cztery dziewczyny, czyli tak, jak w pozostałych dwóch domach w naszej klasie. Mamy więc w sumie dwadzieścia czworo uczniów i uczennic.

– Jakbyś jeszcze nie zgadła, Terry lubi matematykę – skwitowała Margaid z przekąsem. – Chociaż oczywiście nie idzie mu tak dobrze, jak mnie.

– Tak, tak… – westchnął Terry. – Chodź, Innis, zwiedzimy resztę szkoły, a z Margaid pogadacie sobie później w dormitorium.

– Na pewno nie powinnam iść z wami? – spytała Margaid, odgarniając włosy z ramion. – Byłabym o wiele lepszą przewodniczką, ty nawet nie opowiedziałeś jej nic o tej szkole.

– Nie chcemy ci przeszkadzać w nauce… Śmiało, przerób materiał do maja – mruknął Terry, a Innis pomachała przyjaźnie Margaid na odchodne.


Do zwiedzania ze strefy szkolnej zostały jeszcze dwa piętra, a później dormitoria i części wspólne. Innis miała nadzieję znaleźć się niebawem w stołówce, bo zaczynało jej już burczeć w brzuchu. Nie zdążyli jednak wejść na pierwszy stopień schodów, gdy zatrzymał ich pewien miękki, dziewczęcy głos:

– Terry!

Terry natychmiast obrócił się w stronę wołającej go osoby, a Innis nie umknął fakt, że wyraźnie się przy tym zarumienił. Ich oczom ukazała się wchodząca na drugie piętro dziewczyna o gęstych, kruczoczarnych włosach, lekko pofalowanych i sięgających łopatek. Jej jasna cera była niemal porcelanowa, policzki zaróżowione, a pełne usta pociągnięte malinowym błyszczykiem. Miała ciemnobrązowe oczy w kształcie migdałów, była szczupła i nosiła dopasowaną sukienkę z krótkim rękawem, czarne podkolanówki i wiązane buty na niskim obcasie. Jedynym, co odbiegało od stereotypowego kanonu piękna, były jej nierówne zęby, ale Innis uznała, że w żadnym stopniu nie odejmowały jej one urody, a wręcz przeciwnie – nadawały dziewczynie osobliwego uroku.

– Terry – powtórzyła, równając się z nimi u wejścia na schody – nie widziałeś może pana Douglasa? Mieliśmy ćwiczyć w auli! Och, wybacz… – spojrzała na Innis, uśmiechając się lekko. – Jestem Min-su, a ty?

– Innis – przedstawiła się. – Nie było nikogo w auli, gdy jeszcze przed chwilą tam byliśmy.

– Och, Terry, oprowadzasz naszą nową koleżankę? – zaciekawiła się Min-su, wyszczerzając zęby w zadziornym uśmiechu. – Piękne masz włosy! Jakie długie!

Min-su klasnęła cicho w dłonie, a Innis zwróciła uwagę na jej paznokcie pomalowane lakierem w kolorze pudrowego różu.

– Dziękuję, śliczne paznokcie! – odpowiedziała w zamian.

Włosy Innis rzeczywiście były długie – jej rude loki sięgały za pośladki i choć pani Pinkerton ciągle przycinała je do łopatek, te odrastały zadziwiająco szybko. Innis zawsze to intrygowało, tym bardziej, że włosy w innych miejscach na ciele nie rosły jej w takim tempie, ale nie skarżyła się na to. 

– Tak, Innis jest w Domu Malwy – wydukał wreszcie Terry, jakby nagle odzyskał zdolność rozmowy, na co obie dziewczyny zachichotały.

– Ja jestem błyszczącą Paprocią – pochwaliła się Min-su. – Innis, słyszałaś o naszym kole teatralnym? Na koniec roku wystawimy musical, w którym oczywiście to ja gram główną rolę! Musisz to zobaczyć, nie pożałujesz.

Innis zamierzała dopytać, o czym dokładnie była ta sztuka, lecz wtedy usłyszeli kroki kolejnej osoby i na klatce schodowej pojawił się mężczyzna w średnim wieku, z jasną cerą i brązowymi włosami zaczesanymi na bok.

– Dzień dobry, panie Douglasie, czy próba odbywa się dzisiaj? – wypaliła od razu Min-su, odwracając się w stronę mężczyzny.

– Dzień dobry, drodzy – odpowiedział pan Douglas, nieco zmieszany. – Tak, Min-su, ale mieliśmy się spotkać za godzinę… Oczywiście możesz już wejść do auli i przećwiczyć swoje kwestie, ale ja tylko odłożę swoje rzeczy i skoczę jeszcze do stołówki… Pusty żołądek nie pozwala mi się skupić na teatrze!

– Jasne, dziękuję! – zawołała uradowana Min-su i poszła za profesorem.

– Pan Douglas uczy geografii – wyjaśnił Terry – ale jest niespełnionym reżyserem i prowadzi również koło teatralne.


– Min-su jest… wyjątkowa, co? – podpytała Innis, gdy wraz z Terrym znaleźli się już na trzecim piętrze. Nie chciała być wścibska, a jednocześnie paliła ją ciekawość.

Terry znów się zmieszał.

– To nie tylko ja, ona działa tak chyba na każdego chłopaka w tej szkole… – odchrząknął, rumieniąc się jeszcze bardziej. – Jest duszą teatru, a i niczego jej nie brakuje. Jest inteligentna, piękna i potrafi cudownie śpiewać. To… naprawdę nic dziwnego.

– Dobrze, już dobrze – zaśmiała się Innis, klepiąc Terry’ego po ramieniu. Wolała odpuścić mu dalsze  tłumaczenie się.

– Zobaczymy, jak ty zareagujesz, kiedy poznasz Woo-jina, jej brata bliźniaka – zaperzył się Terry. – Gra na gitarze w Shellegendach i wzdycha do niego większość dziewczyn.

– Jestem zaintrygowana – przyznała Innis z rozbawieniem.


Podczas zwiedzania dwóch ostatnich pięter Innis myślała coraz mniej o szkole, a coraz bardziej o głodzie, jednak musiała przyznać, że sale lekcyjne były dobrze wyposażone i tematycznie urządzone dzięki licznym pomocom naukowym. Zastanawiała się, czy takie otoczenie zachęci ją do nauki, czy to tylko podekscytowanie nowym środowiskiem.

Właśnie weszli na trzecie piętro, gdzie mieścił się pokój nauczycielski, którego drzwi Innis widziała po drodze do gabinetu dyrektorki, gdy dobiegły ich odgłosy rozmowy. Za rogiem stała smukła kobieta o czarnych, krótko przyciętych włosach. Miała skupiony wyraz twarzy i kiwała co jakiś czas głową, zaciskając usta w zamyśleniu. Naprzeciwko niej stał wysoki chłopak, prawie dorównujący wzrostem Terry’emu, ale zdawał się od niego tęższy. Jego włosy w kolorze brudnego blondu z tyłu były nieco dłuższe i sięgały do połowy karku, a z przodu wywijały się w różne strony. Chłopak miał gęste brwi i smukłe oczy o wyrazistym spojrzeniu, z subtelnie uniesionymi zewnętrznymi kącikami. Kolor jego oczu przywiódł Innis na myśl chmurne niebo przecinane srebrnymi wiązkami światła.

– To Eamon i jego rodzice, państwo Shimmin – szepnął Terry, dopiero zwracając uwagę Innis na stojące za chłopakiem postaci.

Innis musiała się zastanowić, czy dobrze usłyszała, bo wskazani przez Terry’ego kobieta i mężczyzna wyglądali młodziej, niż mogłaby założyć. Oboje wydawali się mieć co najwyżej po trzydzieści parę lat. Kobieta o filigranowej urodzie miała bladą, lśniącą cerę i długie, proste włosy w srebrnym odcieniu blondu. Jej twarz o gładkich rysach zwrócona była ku rozmówczyni w zmartwionym wyrazie, a podłużne, szare oczy co jakiś czas zerkały na syna z troską. Mężczyzna zaś był dobrze zbudowany i wysoki. Miał bardziej opaloną cerę w porównaniu do kobiety, czarne, proste włosy sięgające ramion i brązowe oczy o harmonijnych proporcjach i delikatnym, łukowatym konturze. Oboje trzymali dłonie na ramionach syna, który za to wyglądał, jakby chciał się jak najszybciej wydostać z tej sytuacji.

Po ponownym przyjrzeniu się twarzy Eamona, Innis zauważyła podobieństwo do obojga rodziców, nie mogąc stwierdzić, które z nich bardziej przypomina.

– Pani Shimmin, zapewniam panią, że nie będziemy przemęczać Eamona, dopóki nie wróci do zdrowia – odezwała się ciemnowłosa kobieta.

– To tylko katar… – wtrącił Eamon, pociągając nosem.

– Dziękuję, pani Walker – odparła pani Shimmin, wciąż przejęta. – Nasz Eamon już tak ma… jak widzi ranne zwierzę, czuje się w obowiązku się nim zająć, choćby kosztem zdrowia… Och, a tak wczoraj padało!

– To był młody lis z ranną łapą – dodał pan Shimmin – Eamon znalazł go w krzakach za naszym domem i się nim zaopiekował. Jesteśmy z ciebie dumni, synu.

Eamon jednak wcale nie wyglądał na zadowolonego z pochwały – przeciwnie, wydawał się coraz bardziej zmęczony tą rozmową.

– Oczywiście to szlachetne, ale takie sytuacje mają miejsce również na terenie naszej szkoły, a co gorsza, poza nim – westchnęła pani Walker. – Nie możemy przecież pozwolić, żeby państwa syn wymykał się za każdym rannym zwierzęciem, w dodatku bez wiedzy nauczycieli. Mam nadzieję, że w tym semestrze twoi rodzice nie usłyszą o tym ani raz, Eamonie.

Chłopak spojrzał to na ojca, to na matkę, wzruszył ramionami, i odrzekł:

– Nie usłyszą.

Innis nie była pewna, czy to była deklaracja dobrego zachowania, czy raczej nie przyznanie się do zamiaru tuszowania swoich czynów. Wychyliła się nieco naprzód, lecz wtedy została dostrzeżona przez panią Walker.

– Och, kto tam jest? 

Bujna czupryna długich, rudych włosów, której nie sposób było już nie zauważyć, wyłoniła się zza zakrętu. Innis podeszła bliżej dziarskim krokiem, a Terry ruszył za nią, nieco skrępowany.

– Ach, Terry w roli… przewodnika? – spytał sarkastycznie Eamon, po czym przeniósł wzrok na Innis, przyglądając się jej uważnie.

– Innis Lusk, miło mi – przedstawiła się Innis, kłaniając się lekko przed całym gronem. 

– Lusk? – zdziwiła się pani Shimmin, marszcząc brwi w wyrazie, w którym Innis odczytała niedowierzanie, lecz natychmiast to spojrzenie zelżało, a usta ułożyły się w wymuszonym uśmiechu. – Och tak, w końcu akademia miała przyjąć nową uczennicę na ten semestr…

Innis nie mogła pozbyć się wrażenia, że państwo Shimminowie okazują jej niechęć. Oboje i tak wydawali się dosyć wyniośli, jednak teraz ich spojrzenia zdawały się chłodne i pogardliwe. Jedynie Eamon patrzył na nią z czystym zaciekawieniem, jak gdyby chciał dopiero wyrobić sobie o niej zdanie.

– Witaj Innis, jestem Aurora Walker, opiekunka Domu Malwy – zagadnęła nauczycielka ochoczo, z zupełnie inną energią niż Shimminowie. – Cieszymy się, że do nas dołączyłaś. Gdybyś miała jakieś pytania lub trudności, odwiedź mój gabinet tu, na trzecim piętrze. Przekazałam twoim kolegom i koleżankom twój mundurek oraz plan zajęć, otrzymasz je zapewne w swoim pokoju. 

– Więc Dom Malwy? – zdziwił się pan Shimmin. – Myśleliśmy, że Paproć, skoro dziewczyna jest… artystką.

Pani Walker zmierzyła go oceniającym spojrzeniem.

– Uznaliśmy, że najlepiej nada się do naszego domu – wyjaśniła krótko i stanowczo.

– Też jestem Malwą – pochwalił się Eamon, uśmiechając się entuzjastycznie, czego zdecydowanie nie podzielali jego rodzice.

Innis posłała mu uprzejmy uśmiech, lecz co innego zaprzątało jej teraz głowę.

– Odniosłam wrażenie, że moje nazwisko jest pani znane – rzekła, patrząc pani Shimmin prosto w oczy. – Znała pani może moich rodziców?

Pani Shimmin zawahała się. Spojrzała porozumiewawczo na męża, po czym zaśmiała się chłodno.

– Och nie, dziecko, zapewne widziałam twoje nazwisko pod którąś z twoich prac, gdy na stronie szkoły pojawił się post o nowym stypendium – odpowiedziała, zaciskając dłoń na ramieniu syna, po czym spojrzała na męża. – Lysandrze, czy my znaliśmy jakichś Lusków?

– Nie sądzę, Elvo – zaprzeczył pan Shimmin z drwiącym uśmiechem, a Innis nie mogła pozbyć się wrażenia, że się z niej naśmiewają.

Eamon wyglądał na zdezorientowanego, przyglądając się rodzicom badawczo, jak gdyby również coś wyczuł. Innis postanowiła w duchu, że później z nim o tym porozmawia.

– Domyślam się jednak, dlaczego pytasz – dodała pani Shimmin. – Słyszeliśmy pogłoski o tym, że jesteś sierotą. Biedactwo, pewnie szukasz jakichkolwiek informacji o swoich rodzicach.

Pani Walker zmierzyła panią Shimmin upominającym spojrzeniem.

– Innis pochodzi z wyspy, państwo również – oznajmiła. – Shellhead nie jest ogromna, nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że jednak znali państwo rodziców Innis.

– Shellhead ma chyba więcej mieszkańców, niż się pani wydaje – wycedził pan Shimmin, siląc się na uśmiech. 

– A co to za różnica? – westchnął Eamon, po czym strząsnął z siebie dłoń matki i podszedł do Innis, wyciągając ku niej rękę. – Jestem Eamon. Witaj w szkole!

Innis uśmiechnęła się szczerze i potrząsnęła dłoń Eamona, który następnie wychylił się w stronę Terry’ego obserwującego całą tę scenę z pewnego dystansu.

 – Terry, upewnij się, że pokazałeś Innis wszystkie wyjścia ze szkoły!

Komentarze